Złamałam się po raz setny, tysięczny, milionosowy i już nawet nie chce mi się liczyć. Na czym poległam? Oh litości na gołąbku, snikersie, boczku (mój boczku boczusiu "oda do boczka") a dlaczego? Po kłótni z przeciwnikiem wielorybów czyt. mąż. Ja się katuje na diecie niskokalorycznej, wsuwam tylko warzywa i gotowane mięso, wszystko odliczam na kuchennej wadze, żeby czasem nie przekroczyć danej normy, chudne po kilkanaście deko dziennie, ale chudne! To jest wyczyn, czuje się lżejsza, widze, że boczki spadły. A ten ten .... rybak od sześciu boleści pyta mnie czy ja wogóle jestem, na jakiejś diecie, bo efektów nie widać .... wielorybia szczęka mi opadła i stało się! Od słowa do słowa powędrowałam do lodówki, a tak same pyszności. Czułam się jak 8 - latek na wesołym miasteczku. Wszystkiego chciałam spróbować. Czekolady, cukierków, gołąbków, bigosu (że też akurat w ten dzień gości mieliśmy) to co zjadłam, nie wiem czy u normalnego człowieka nie wywowałałoby problemów z żołądkiem. A mi? Mi nic! Wielkie NIC ... NIC oprócz wstrętnych wyrzutów sumienia, nienawiści do samej siebie, nienawiści do lodówki, do świata i do szafy pełej ubrań sprzed ślubu, których nie moge włożyć ... Zaprzepaściłam tyle dni starań, wyrzekania się, zawiodłam samą siebie, męża i te wąziutkie ubranka czekające na mnie. Ale utwierdziłam się po raz kolejny w jednej sprawie. Zresztą za każdym razem gdy dopada mnie wilczy apetyt potwierdza się pewna teza: WIELORYB ŻRE CO MA POD RĘKĄ WTEDY GDY JEST NIESZCZĘŚLIWY tylko, że nie można całe życie chodzić z bananem na gębie od ucha do ucha chichrać się z życia, bo nie ma z czego. Większość czasu spędzamy na myśleniu, zamartwianiu się, i smuceniu, a radość przychodzi od czasu do czasu. Może jestem już nałogowcem? Mój nałóg to jedzenie? Jedzenie mnie ubezwłasnowolniło? Sprawia, że sama siebie zabijam? Niszcze się wewnętrznie i zewnętrznie? Więc przyszła chyba odpowiednia chwila aby się do tego przyznać:
JESTEM UZALEŻNIONA OD JEDZENIA
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz